NIE PRZEGAP

OłMajGhee!

Dziadek Stanisław kochał gotować – wegan proszę o zamknięcie oczu – ponad wszystko wielbił piątą ćwiartkę. Robił salceson, zaczynając od kupienia świńskiej głowy. Przeżył głód i pod jego rządami w kuchni nic się nie marnowało. Latem klarował masło. „Znowu nie schowały do lodówki i za chwilę zjełczeje!” Nie widział problemu w krojeniu na kanapkę zimnego masła w grube plastry, bo skrobać to należy młode ziemniaczki! Jego zapasy starczały na długo.

Klarowanie to zabieg prosty i stary jak świat. Polega na podgrzaniu masła, by wytrąciły się inne cząstki stałe, a został sam tłuszcz. Zlewamy i gotowe. Ale możemy też masło klarowane po prostu kupić. Szerzej znane jest pod indyjską nazwą „ghee”. W sklepach kooperatywy dostępne są dwie opcje: „Palce lizać” oraz od niedawna z mazowieckiej mleczarni „Tornado II”. Pierwsze w słoikach na regale, drugie w plastikowych pudełkach w lodówce. Ghee to nie tylko zwykłe smarowidło. W Indiach zawsze miało wiele pozaspożywczych zastosowań, choćby ajurwedyjskie – lecznicze. Wciąż jest tam niezbędne podczas zaślubin czy pogrzebu. Pochodzenie od świętej krowy wszak zobowiązuje. Za to etiopska wersja – niter kibbeh, robiona jest z dodatkiem przypraw. Gdy wirus zabija marzenia o dalekich podróżach, warto ruszyć szlakiem starożytnych kultur we własnej kuchni. Nie musicie trzymać ghee w chłodziarce, ma długi termin przydatności do spożycia i wysoką temperaturę dymienia, około 200°C, zwykłe masło tylko 150°C. Jest świetne do smażenia. Bez laktozy, kazeiny, glutenu.