NIE PRZEGAP

Itadakimasu

Smacznego! W wersji rozszerzonej „z pokorą przyjmę posiłek”. Czasem dzieło wieńczące eksperyment kulinarny należałoby powitać po japońsku… ale do odważnych świat należy! Otwierasz lodówkę, a tam miso. Brać, nie brać? Krótko mówiąc nacholeremito. Miso przywędrowało do Japonii z Chin około 1300 lat temu w zapasach buddyjskich mnichów. Sfermentowana pasta z ziaren zbóż, soli i soi sprawdzała się jako konserwant. Białe miso na bazie samego ryżu od zawsze było towarem luksusowym.

Stanowiło nawet walutę. Ciemnie, na bazie jęczmienia albo prosa, przypadało biedakom. Rolnicy nie mieli prawa jeść ryżu, który uprawiali. Pojęcie „fair trade” nie istniało. Japończycy produkują tyle rodzajów miso, że łatwiej nazwać barwy w palecie RAL, niż spróbować ich wszystkich. Od czegoś jednak trzeba zacząć. Można wzorem japońskiej tradycji kierować się porami roku. Zimą słodkie, białe (shiro). Latem cierpkie, czerwone (aka). Wiosną, gdy zakwitają wiśnie zaczynamy łączyć dwa rodzaje pasty, stopniowo zmieniając proporcje, aż domkniemy cykl przemiany. Możecie zrobić z miso wszystko. Najlepsze na świecie lody powstają z białej pasty. Im mocniej wybarwiona, tym bardziej wytrawna.

Dodaje umami. Podkręci zupę, marynatę, sos, śmiało używajcie miso jako przyprawy. Pasta dostarcza witamin, składników mineralnych i dobrych bakterii. Podgrzej – nie gotuj, by nie straciła swoich cudownych właściwości. O zbawiennym wpływie miso na zdrowie możecie poczytać w sieci. Jedno jest pewne, warto się w nim rozsmakować.